niedziela, 19 maja 2013

WARM BODIES




Nie jestem fanką zombiaków, chyba że można do nich strzelać w grach komputerowych. A w filmach, w ogóle nie trawię. Nie chwytam tego szału. Choć na WORLD WAR Z pewnie do kina się wybiorę.


WIECZNIE ŻYWY w pewnym sensie mnie zaskoczył. Oczywiście spodziewałam się, że nie będzie to horror o zombiakach. Jednak o wiele bardziej obawiałam się powtórki z rozrywki tłajlajtów. Bowiem konstrukcyjnie te dwa tytuły łączy wiele. Dziwny mezalians, odrzucenie przez społeczeństwo, ukrywanie swoich uczuć przed światem, zhumanizowane potwory, czy życie w symbiozie ludzi z tym "czymś". WIECZNIE ŻYWY ma jednak coś, czego nie miały wszystkie części tłajlajtów razem wzięte: dobry scenariusz, rewelacyjną narrację, przyzwoite aktorstwo i sporą dawkę dobrego humoru. Oczywiście pomijam tutaj wątek melodramatyczny, bo na ten mam wysypkę już z samego założenia. Ale... nawet walka o ocalenie zombiaka przed eksterminacją mnie wzruszyła. Ech... starzeję się :-)


Właściwie wspomniałam o wszystkich najważniejszych atutach filmu. I można by sobie darować dalsze opisywanie. Jednak nie wszystko reżyserowi wyszło tak mega zajebiście. Film momentami wydawał się zbyt monotonny i trącił zbyt wieloma kliszami. Motyw ojca, nieprzejednanego, surowego i ostrego w obyciu. Motyw wrednego i niesympatycznego chłopaka, którego nawet po ubiciu nie żal, a świat wydaje się bez niego bardziej różowy. No i motyw przemiany spowodowanej nagłym przypływem wspomnień, czy uczuć. Trąci to myszką i pewne konteksty poprzez wyolbrzymienie stają się nudnawe. Jednak bez nich film z pewnością, konstrukcyjnie nie mógł by istnieć. 
Z drugiej strony można mieć o to zarzuty do autora powieści. I powiem szczerze trochę mnie autor zastanawia. Czy pomysł z bohaterami wynikał z ambicjonalnych pobudek udowodnienia Meyer, że z gównianej historii można zrobić przyzwoite opowiadanie ? Czy z fascynacji zombiakami, a może właśnie z niechęci do nich ? Jaka odpowiedź by nie była, Isaac Marion, udowodnił, że z przygłupiego pomysłu o romansie zombiaka z człowiekiem może wyjść całkiem przyzwoita historia. Z drugiej strony jednak bez nawet odrobiny sympatii do nich, nic dobrego by z tego nie wyszło. 
to reżyser, który potrafi robić dobre kino i tworzyć naprawdę dobre scenariusze. Do dzisiaj na myśl o The Wackness mam uśmiech od ucha do ucha. I chyba scenariusz jest właśnie najmocniejszą stroną tego filmu. On broni go przed totalnym upadkiem. Ścieżka dźwiękowa też jest bardziej udana od tłajlajtowych emo-songów. Jakby więc nie patrzeć udała się ta efemeryda Levine'owi.  Zombie z poczuciem humoru i ogromną dawką samokrytycyzmu... kupuję :-)

piątek, 17 maja 2013

FOR ELLEN




Ten film to szczególny przypadek, muszę przyznać. Dwa razy miałam go oglądać, dwa razy lądował w koszu, aż w końcu zachęcona recenzjami z okazji zbliżającej się w Polsce premiery kinowej postanowiłam jednak zasiąść przed ekran. Miałam duże wątpliwości, azaliż gdyż :-) kiepskie noty zebrało to filmidło i to niestety nie w recenzjach. Co dziwi. Niestety liczby nie kłamią. To bardzo przeciętny film. A do tej przeciętności mocno przysłużyła się Pani reżyserka .
 

Nie znam wcześniejszego dorobku tej Pani, więc trudno mi się odnieść do jej umiejętności. Powiem szczerze, że czytając film pod kątem fabularnym jest to jeden tytuł z wielu. Bohaterem jest młody rockmen, który podpisując ostatnie dokumenty rozwodowe postanawia poznać swoją córkę. Wcześniej nie miał na to zbyt wiele okazji. Życie w trasie pogłębiło kryzys, skłóciło i oddaliło od siebie młodych małżonków. Żona więc nie chce go znać. Nie widzi nawet sensu, by jej były mąż miał się opiekować córką, której nie widuje. Bohatera jednak przeraża myśl odebrania mu praw rodzicielskich i w przypływie ojcostwa pragnie nadrobić stracony czas. Czas ten okazuje się krótki i równie ulotny, co chęci bohatera. Końcowa scena jest bowiem bardzo wymowna. Nie tylko jest on niepoważnym człowiekiem, żyjącym z głową w chmurach, ale i nieodpowiedzialnym rodzicem. Trudno go polubić, ale i on zbytnio o to nie zabiega.


Nie ma więc tutaj wielkiej konstrukcyjnej magii w fabule. Trzeba przyznać, że jest prosta. I ta prostota potrafi zarazić. Jednak to co odrzuca od czerpania przyjemności z seansu to sposób realizacji. Reżyserka po prostu przynudza za długimi ujęciami. Banalnymi dialogami, chociażby przy obiedzie. Czy kontemplacjom bohatera przy piwie i nerwowych podrygiwaniach przy dźwiękach Whitesnake. I gdyby nie genialny , który autentycznie wyrywał sobie włosy z głowy, by swojej postaci nadać wyrazistości w tym mdłym scenariuszu, to nie byłoby na co patrzeć. Ten film jest totalnie nieprzemyślany. Nie rozumiem dwuminutowego wprowadzenia bohaterki, którą grała , gdy tymczasem reżyserka rozpływa się w pięciominutowych ujęciach człapiącej muchy po ciele Dano. Rozumiem zabieg jaki się tym kierował. Budowanie napięcia, obrazowanie emocji bohatera i kreowanie dramatyzmu. Jednak nie kosztem innych bohaterów. Tak de facto to teatr jednego aktora i powiem szczerze, nawet i dobrze.
Czy polecam ten film do kina ? Jeśli ktoś ma podobny gust do mojego, to autentycznie nie. Chyba, że ktoś cierpi na narkolepsję. Z pewnością gdy przyśnie i obudzi się za 10 minut, to jak w wenezuelskiej telenoweli, aktor dalej będzie stał w tym samym miejscu i pewnie nie wyburka z siebie zbyt wiele.
Bardzo to średnie i zupełnie nie porywające. To dobry scenariusz. Niektóre dialogi rażą, jednak zmysł reżyserski siadł totalnie.
Moja ocena: 5/10 (zawyżona o bardzo dobrą kreację Dano)

środa, 15 maja 2013

LA TETA ASUSTADA



zachwyciła mnie swoim debiutem reżyserskim z 2006r. Madeinusa. Bardzo się więc nastawiłam na jej wielokrotnie nagradzany, ba, nawet nominowany do Oscara film GORZKIE MLEKO. I chyba sama przed sobą muszę się przyznać, że nie rozumiem kina artystycznego, nie kupuję go i autentycznie ono do mnie nie trafia. Wszystkich tych te wujków, anatolii, horsów satanów, czy holy motorsów po prostu nie chwytam.
Podobnie jest z GORZKIM MLEKIEM, choć nie jest to kino wyłącznie kontemplacyjne. Zawiera w sobie pewną dozę artyzmu, można powiedzieć, że znaczną, ale jest przyswajalne dla takiego człowieka jak ja, który woli czuć grunt pod nogami, niż deptać po chmurach.


Llosa swemu filmowi nadała podwójnej głębi. Problem w tym, że nie wyszło to zbyt autentycznie i na tyle głęboko, by prześladowaniom i wyobcowaniu rdzennej ludności Peru nadać odpowiedniego wyrazu.
Fabuła bowiem porusza dwa wątki. Pierwszy, to historia młodej Fausty, która z mlekiem matki wyssała gorycz, cierpienie i strach przed mężczyznami i życiem. Nie jest to jednak przenośnia. Bohaterowie, to rdzenii peruwiańczycy, prości ludzie, którzy trzymają się zabobonów, jak ślepe dziecko matki spódnicy. Nie przekonuje ich racjonalizm i wiedza fachowa. Kult tradycji jest w nich zaszczepiony bardzo głęboko. Fausta została przez to mocno naznaczona. Jej wiara w gusła i przesądy determinuje jej życie. Wierzy, że tragedia jej matki spotka i ją. Wyrządza, więc swemu ciału ogromną krzywdę. Będąc święcie przekonaną, że jest to prewencja przed ewentualnym nieszczęściem. 
 

Drugi wątek to relacje białych z rdzennymi Peruwiańczykami. Fausta zostaje zatrudniona jako pokojówka w domu bogatej, białej kobiety. Llosa nie szczędzi symboliki, ukazując jak głęboka i odległa jest między nimi przestrzeń. Namacalnie kontrastuje cywilizowaną właścicielkę z jej zacofaną służącą. Wydaje się, że ta odległość między nimi jest nie do nadrobienia. Jedynym spoiwem między nimi staje się muzyka. Można zarzucić autorce pewną prostotę przekazu. Nawet zbytnią prostotę. W jej oczach biały człowiek to uzurpator, bezdusznie wykorzystujący słabszych. Natomiast Fausta symbolizuje tutaj naród peruwiański, który przez lata gwałtów i terroru został pozbawiony dostępu do cywilizacji. A to co im pozostało, to wiara i tradycja. I może dlatego też jest ona w nich tak zakorzeniona. Strach przed utraceniem tej ostatniej rzeczy, która stanowi o ich tożsamości równałaby się z ich eksterminacją.


Wizualnie filmowi nie można nic zarzucić. Piękne obrazy z życia Peruwiańczyków ociekają kiczem i plastikiem, ale jest to efekt wynikający z sytuacji. Sfilmowane wesela peruwiańskie są bardzo zabawne. Zarówno przygotowywania, jak i sam dzień zaślubin wyglądają z jednej strony oryginalnie, z drugiej niczym nie ustępują naszej tradycji weselnej. No i perfekcyjnie wręcz ujęty kontrast życia ludzi "ulicy" z życiem elity. Baraki, klepiska, basen w wykopanej dziurze na grób kontra odizolowana od świata wypasiona twierdza - pałac białych. To są ogromne plusy filmu i mogą robić wrażenie. Jednak monotonia jest rażąca. I trochę ta dosłowność, która rzuca się na oczy, również razi. 


Jak dla mnie ten obraz jest zbyt czarno - biały. Brakuje mi złożoności. Bohaterowie są albo pozytywni, albo negatywni. Jest ubóstwo i bieda przeciwstawiona kipiącemu bogactwu. Za mało w tym życia. A przecież często w nim kierujemy się wyborami, które z założenia mogą wydawać się złe i błędne, ale prowadzą do szczytnego celu. Ten film z niedopowiedzeń jest odarty, a całość zbyt oczywista.
Moja ocena: 5/10

niedziela, 12 maja 2013

SVATA CTVERICE



Czeska komedia nie zawodzi - to jedna z niewielu filmowych prawd. popełnił ich trochę i ta może nie jest najwyższych lotów, ale ma dwie zalety:
1. jest krótka - 75 minut
2. jest życiowa.

I te dwa wyznaczniki wystarczają, by spokojnie sięgnąć po ŚWIĘTĄ CZWÓRCĘ.


To bardzo ciekawy projekt. Niewiele się bowiem różnimy od Czechów, nie tylko pod kątem językowym, ale i kulturowym. Można powiedzieć, że mamy te same podwaliny. Słowianie, chrześcijanie. Nawet historycznie przechodziliśmy przez to samo piekiełko. A jednak... oglądając ten film nie mogłam się wyzbyć wrażenia, że nas do Czechów dzieli ogromna odległość. I nie mam tu na myśli tej geograficznej (ja akurat jestem z samej północy), ale bardziej mentalnej. Ten scenariusz nie przeszedłby przez polskie instytucje, chyba że ktoś bardzo bogaty wyłożyłby na niego kasę. Ten film jest zbyt postępowy, kpiący z religijności i świętej instytucji małżeństwa. I to wystarczy, by spalić go na polskim stosie. A szkoda... bo temat porusza każdego, kto ma trochę lat w związku za sobą. A niezależnie od wiary seks jest jednowymiarowy - dotyczy wszystkich.


Pierwsze minuty filmu sprawiały, że wydawał mi się on bardzo kobiecy. Chciałam nawet napisać, że to film wyłącznie dla babek. Spotykają się bowiem dwie kobiety, które ostentacyjnie narzekają na seksualną monotonię swoich małżonków i nudę w łóżku. Już nawet rutyna nie jest problemem, a przewidywalność. I ta wedle ich opinii jest najgorszą opcją z możliwych. Jednak w miarę upływu czasu, film ukazuje szersze spektrum problemów łóżkowych par małżeńskich. Już nie wyłącznie z punktu widzenia kobiet, ale i mężczyzn. Przez pryzmat dwóch par małżeńskich widzimy, że człowiek strasznie się męczy w łóżkowej monogamii. Ta udręka nie powoduje wprawdzie rozpadu związków, ale z pewnością nie zbliża do siebie partnerów. O czym może bowiem świadczyć fakt, gdy mężczyzna zasypia między nogami kobiety ?
Bohaterowie wpadają więc na iście reformatorski plan. Postanawiają stworzyć czworokąt, który ma wnieść powiew świeżości w ich skostniałe związki bez naruszenia pewnych fundamentalnych zasad. I o dziwo im się to udaje. Jednak do tego potrzeba już nie tylko siły woli, by te zasady konsekwentnie respektować. Wymaga to pewnego poziomu myślenia. Nie każdy bowiem potrafi lub chce wyjść poza ramy etosu jaki został wpojony. Zastanawiam się więc na ile taka sytuacja jest faktycznie możliwa ? Z pewnością potrzebna jest masa odwagi i śmiałości, by zrzucić okowy norm społecznych i stworzyć swoje własne, nie naruszając przy tym integralności i prywatności partnerów. I moim zdaniem nie jest to nawet objaw desperacji, inaczej za desperatów uznać by trzeba 90% związków małżeńskich ze stażem ponad 10 lat. Hrebejk bowiem w filmie nie odziera mężczyzn z szat. To faceci zdradzają, jak to mówią nie mogąc oprzeć się pokusie. Autor więc wychodzi z założenia, że dlaczego nie miałoby się stworzyć "zdrady kontrolowanej". Tak mniej więcej można by określić swobodny czworokąt obojga par. W pełni akceptowalny przez obie strony, jak i wszystkich uczestników.


Hrebejk lubi poruszać tematy seksualności w swoich filmach. Temat nie jest mu obcy i każdy kto oglądał NIEDŹWIADKA, CZESKI BŁĄD, czy DO CZECH RAZY SZTUKA będzie wiedział o czym mówię. Na szczęście jego filmy nie bulwersują. Są z pewnością kontrowersyjne, ale przy tym bardzo życiowe. I właśnie jego odnośniki do problemów życiowych bohaterów sprawiają, że fabuła jest przyziemna i przyswajalna. Nie są to bowiem wydumane, artystyczne wypociny mające informować przez szokować. Wszystko o czym mówi autor w swoich filmach jest nam znane i nawet jeśli tego nie doświadczyliśmy na własnej skórze, to możemy dodać przysłówek "jeszcze". I nie ma się co łudzić, że będzie inaczej :-).
Bardzo życiowy i zabawny film. Na szczęście krótki, ogormnym bowiem minusem są zbędne dłużyzny. Bez nich jednak film trwałby z 40 minut :-)
Moja ocena: 6/10

UN CUENTO CHINO



Woziłam się z tym filmem od tygodnia. No i wyszło szydło z worka, bowiem nie taki CHIŃCZYK NA WYNOS straszny, jakby się mogło wydawać. Długo odkładany seans okazał się bardzo przyjemną komedią w sam raz na dobry początek dnia.


To słodko-gorzka historia o samotności i przeznaczeniu. Główny bohater Roberto prowadzi sklep ze śrubkami, gwoździami i innym żelastwem. Mieszka sam. Jest surowy w obyciu z ludźmi. Jakby nieokrzesany. Ale uprzejmy. W fachu, w których kontakt z klientem jest podstawą, by przetrwać na rynku umiejętność radzenia sobie z wszelkiej maści irytującymi typami Roberto opracował do perfekcji. Sam ma przy tym odrobinę maniaka w sobie. Jest przesadnie skrupulatny i ułożony. Jego życie odmierza liczenie gwoździ, szukanie absurdalnych historii w gazetach i punktualne zasypianie.
Wbrew pozorom ten pedantyzm jest uroczy. To człowiek, który mimo swego fachu nie znosi ludzi. Większość uważa za debili i chamów, a mniejszość... z tą nie potrafi sobie zbytnio radzić. Ma bowiem duże problemy z wyrażaniem uczuć. Zwłaszcza w obyciu z kobietami. Skutecznie odrzuca konkury pewnej pięknej Pani, mimo jej pełnej fascynacji jego osobą. Co za człowiek słowo daję :-) I gdy tak żyje w swym przekonaniu, że życie to jeden wielki przypadek, którym rządzi się absurd, pojawia się chińczyk. Człowieczek, który spada z taksówki, jak grom z jasnego nieba i on uzmysłowi naszemu bohaterowi, że życie to nie przypadek, a splot wielu mniej lub bardziej dziwacznych okoliczności przed którymi nie da się uciec. No, chyba że jest się głupcem i/lub arogantem.


Cała ta historia jest okraszona ironią i ciepłym humorem sytuacyjnym. Również bohaterowie mają w sobie pewną nieporadność życiową, dzięki której potrafią rozbawić. Oczywiście jest to obowiązkowa pozycja dla wszystkich fanów , który jak zwykle jest cudowny. Gdyby stóg siana miał te oczy.... to ja miałabym największą stodołę w okolicy :-)
Polecam tym, którzy lubią obejrzeć od czasu do czasu absolutnie niezobowiązującą historię. O łamaniu własnych, wewnętrznych barier. O porozumiewaniu się bez słów, a przede wszystkim o zrozumieniu. I o tym, że nigdy nie jest za późno, by naprawić własne błędy.
Moja ocena: 7/10

sobota, 11 maja 2013

SIDE EFFECTS



Kolejny film, któremu poświęca się więcej uwagi, niż na to zasługuje. to człowiek orkiestra. Zna się dosłownie na wszystkim w przemyśle filmowym. Od producenta po dokumentalistę do fabuły. A tu pełen wachlarz... od komedii przed dramat do thrillera. Można powiedzieć, że to człowiek epoki, humanista. Na wszystkim się zna, o wszystkim potrafi się wypowiedzieć i wszystkim udowodnić swoją wszechstronność. Hmm.... niestety czasy humanizmu skończyły się wieki temu, a jak to mówią, człowiek od wszystkiego jest człowiekiem od niczego.

Soderbergh od czasu genialnego Traffic i Erin Brockovich obrał dość dziwną drogę. Popełnił rozrywkowe tworki w stylu OCEANS, mega gnioty Scigana , Dziewczyna zawodowa , dziwaczną serię o CHE, no i przyzwoite Contagion - Epidemia strachu , czy Intrygant . Można powiedzieć, że nawet Magic Mike był dobry, o ile wymachiwanie dupskiem Tatum'a i McConoughey można uznać za dobre :-) Reasumując, patrząc na filmową karierę tego pana muszę przyznać, że jest dość chimeryczna. Tworzy dużo i jest to rewelacyjny przykład na potwierdzenie tezy, że nie zawsze ilość znaczy jakość.


Porównywanie PANACEUM z jego poprzednikiem Magicznym Majkiem jest jak upadek na głowę i stoczenie się ze wzgórza morenowego wpadając prosto w bajoro. Te dwa filmy nie mają nic ze sobą wspólnego, oprócz obsady. Jeśli już miałabym odnosić się do porównywań to z pewnością PANACEUM bliżej do ERIN BROCKOVICH i CONTAGION. 
Soderbergh ponownie bierze kamerę w dłoń i w typowym dla siebie, popkulturowym stylu próbuje ostrzec ludzkość przed niebezpieczeństwami. Motywem przewodnim są z pewnością korporacje i kasa, za którą stoją. Jak nie trucie chemikaliami gleby, to manipulowanie danymi i informacjami, szczepionkami, czy lekami. Nie mówiąc o masowej dezinformacji i manipulacji informacją. Bardzo to ciekawe tematy. Zwłaszcza jeśli są one brane pod lupę w filmie dokumentalnym. W fabule może być już gorzej. I o ile ERIN to przypadek genialny, w którym prawda nie jest równa fikcji, ponieważ scenariusz napisało samo życie. O tyle w CONTAGION i PANACEUM mamy do czynienia z próbą wychwycenia zagrożenia poprzez fikcyjnie stowrzone sytuacje. I one powiem szczerze są mało autentyczne, zwłaszcza w PANACEUM.


Dlaczego ? Ano dlatego, że wbrew masowym opisom tego filmu, to nie jest historia o przemyśle farmaceutycznym. O zatruwaniu ludzkości lekarstwami i ich zabójczych skutkach ubocznych. To film o ludzkiej pazerności i głupocie. O tym jak kasa i zachłanność potrafi nas zgubić. Przez którą stajemy się ślepi, zmęczeni i bardziej podatni na błędy, których już nie dostrzegamy. To film o zatraceniu ideałów. Zwłaszcza tych lekarskich. Pacjent staje się przedmiotem, a praktyka lekarska nudną rutyną, mającą przynieść wielką kasę. To smutna konstatacja, ale taka właśnie prawda płynie z tego filmu. Soderbergh wcale nie oskarża przemysłu farmaceutrycznego za jego bezduszność i brak etyki. To my pacjenci i lekarze stoimy za błędami, które mogą wyniknąć z ewentualnych przykrych konsekwencji. 


Film mnie nie porwał. Wprawdzie jest to przyzwoity obraz. Fajnie prowadzony. No i rewelacyjna ścieżka dźwiękowa Thomasa Newman'a. Soderbergh nie stracił swego stylu. Nadal podpisuje się nim pod swoimi filmami. Może tylko tak nie porywa, jak wcześniej. Nie ma tutaj zawrotnej akcji. Nie ma detektywistycznych historii znanych z ERIN... Poza tym sam bohater próbuje rozwiązać zagadkę z innych powodów, co bohaterka wspomnianego filmu. Erin była pochłonięta społeczną życzliwością i nierównością społeczną. Doktor Banks to pozer, nastawiony na kasę. Super chałupa na kredyt, praktyka lekarska w renomowanej klinice. To typ człowieka, którego ma określać jego dom, samochód, zegarek i uśmiechnięta rodzina na wielkiej fotografii gabinetowego biurka. Woli zacharować się na śmierć, niż obniżyć standard swojego życia i mieć spokój. Jego pragnienie wyjawienia prawdy wynika z czysto egoistycznych pobudek. Chodzi mu wyłącznie o wybielenie swojej osoby i przywrócenie "twarzy".
Nawet aktorsko film nie porwał, choć aktorzy są znani wszystkim. Zagrali przyzwoicie, ale bez większego szału. Myślę, że jest to jeden z filmów, który za jakiś czas wyparuje mi z głowy na dobre. I jedynym śladem na przypomnienie sobie emocji, jakie się z tym seansem wiązały, będzie ten wpis.
Moja ocena: 6/10

IRON MAN 3



Jeszcze w samym kinie, jak mantrę powtarzałam, oby ten film okazał się dobry inaczej będzie to pierwszy raz, kiedy wyjdę z kina. Wizja ponad dwugodzinnej nasiadówy w ciemnicy mając na nosie kuriozum i przed oczami kolesia w blaszanych rajtuzach mocno mnie odstręczała. Ale... ale... jest dobrze... jest bardzo dobrze. Mało tego zaryzykuję tezą, że to najlepsza część z całej trylogii dodając Awendżersów do zestawu. 


Nie przepadam za kinem komiksowym. Przynajmniej od pewnego czasu. Uważam, że rynek został przesycony torami, supermenami, batmanami, hulkami, spajdermenami, iksmenami i tak dalej i bez końca i w różnej wersji, w innej odsłonie, bardziej uczłowieczeni lub bardziej kosmiczni, do wyboru do koloru, you name it. Masa tego przez te lata przewinęła się na ekranie i obawiam się, że następna fala uderzeniowa przed nami. Już przestraszyli mnie trailerami, bo oto sezon otwarty, a tu iron man za nami, a przed nami thor i superman (trailer bardzo zachęcający, tak na marginesie). Wydaje mi się jednak, że ktoś tam w tym plastikowym holyłudzie jeszcze myśli, ponieważ wybór na reżysera i współscenarzystę był strzałem w dziesiątkę.
Kolo stworzył kilka naprawdę niezłych scenariuszy, można powiedzieć, że do już kultowych filmów, i nakręcił jeden naprawdę dobry. Do dziś rozbawiają mnie postaci z ZABÓJCZEJ BRONI. Ich relacje i dialogi to przykład typowego dla gatunku buddy film układu. Na zasadzie przeciwieństwa się przyciągają stworzono świetne kino akcji, a za postacie, ich charakterystykę odpowiedzialny był właśnie Black. I ta lekkość, różnorodność i poczucie humoru odczuwalna jest w IRON MANie. No i rewelacyjny film KISS KISS BANG BANG. Pamiętam, jak bardzo mnie ten tytuł zaskoczył. Już miałam odrzucić seans dwóch holyłudzkich pijaków na ekranie, ale okazał się on bardzo zabawnym kryminałem. Black potrafi przykuć uwagę widza ciekawymi, nieszablonowymi postaciami. Potrafi im nadać rysu człowieka po przejściach, by historię uczynić bardziej przystępną i życiową.


Trudno co prawda mówić o Iron Manie, jako kinie życiowym. Jednak w tej wersji nastąpiła pewna dekonstrukcja bohatera. Podobnie, jak to miało miejsce w Batmanie. Tony Stark bowiem nie jest już lawdżojem, postrzeleńcem i bywalcem salonów, którego ego pożarło razem z butami i który nie odróżnia jawy od snu. Nie jest chłopcem bujającym w obłokach, którego porażka się nie ima. Nowy Stark ma kryzys, przeżywa stres i przygnębienie. Mało tego, kocha i troszczy się. Mój boże, myślę, ucieli mu jaja. Oj nie, cały czas je ma, pod szczelnym, żelaznym wdziankiem :-).
Trójka to trochę powrót do korzeni pewnego rodzaju zabawy gatunkiem filmowym. Odchodzi się tutaj od typowo naukowego podejścia do tematu. Oczywiście wizja zbawienia świata jest równie mocna, co w poprzednich częściach. Jednak wkradł się tutaj nowy czynnik. Poczucie winy - Stark uważa się za prowodyra zaistniałej sytuacji, bowiem po części wykreował swoje demony. A po drugie, to bezwarunkowe uczucie. Stark nie jest już tylko hiperbohaterem. Jest mężczyzną, który opiekuje się i troszczy o swój związek. Kocha Pepper i ta miłość staje się nowym motorem napędowym jego działań. Oczywiście nie obejdzie się od wpadek, w końcu Stark to rasowy wybuchowy temperament. Jednak Stark w oczach Black'a stał się dojrzalszy i mądrzejszy. A przede wszystkim na tyle świadomy siebie, by wybujałe ego utrzymać w ryzach. Stark to przede wszystkim zmęczony gościu, który sam dostrzega pewien absurd swoich dotychczasowych działań.


Black oszczędnie waży oponentów. Nie ma tutaj kosmitów, wytatuowanych obwiesi z elektrycznym biczem w ręku i papugą na ramieniu, czy brodatego potwora w metalowej zbroi. Black wprowadza czarny charakter, który jest swego rodzaju zasłoną dymną. Zastanawia mnie na ile powinniśmy się martwić alegorią postaci Mandaryna (Ben Kingsley), który jest żywcem ściągnięty z postaci Bin-Ladena. Nie będę wchodziła w szczegóły, by nie spojlerować. Mandaryn okaże się bowiem ..... :-))) Ogłaszam go moim tegorocznym filmowym bohaterem. Co za postać !!! Miazga. Szkoda, że tak mało.
Całą krecią robotę czyni jednak postać Aldrich'a (Guy Pearce). To niestety przykład człowieka z niesamowitymi kompleksami, który jest chodzącym lontem. Niewiele trzeba bowiem uczynić, by z potulnego baranka stał się przyrodnim bratem Hannibala Lectera. To trochę cicha eminencja wszystkich szalonych filmowych naukowców. Może nie fruwa ona po swoim laboratorium w białych łachu i ociekających tłuszczem od niemycia włosach. Jego mocą jest bowiem, nie tyle mózg, co psychika.


Można by analizować postaci Iron Mana 3 bez końca. Black bowiem tak je skonstruował, że w tych dwóch godzinach seansu, każdy z nich ma okazję rozwinąć swoje skrzydła. Takim przykładem są dwie postaci, które w poprzednich częściach były traktowane trochę po macoszemu. Mam tu na myśli postaci nawiedzonego swoją rolą ochroniarza Happy (zabawny Jon Favreau) oraz mocno rozbudowaną "postać" elektronicznego kolesia Starka, czyli program zwany Jarvis (głos Paul Bettany). Można nawet powiedzieć, że Pułkownik Rhode dostał trochę ważniejszą rolę od swoich poprzednich wcieleń. Nagle bowiem może na równi stanąć w obronie ze Starkiem, a ich wzajemna relacja nie polega już tylko na udowadnianiu, który z nich jest większym kogutem w kurniku.


Podobał mi się Iron Man 3. To typowy amerykański blockbuster z naprawdę efektownymi CGI. Już nie efekciarskimi, tak jak to miało miejsce w słabej dwójce. Świetne role aktorskie. Przede wszystkim wrażenie robi Guy Pearce, no i oczywiście porażający, rewelacyjny i absolutnie oszałamiający Ben Kingsley. Trochę po łebkach potraktowano postać Rebecca Hall , ale jak na mój gust, to bez utraty jakości... Nie zapominam oczywiście o stałej, starej brygadzie żelaznego człowieka, przecież bez Robert Downey Jr.  nie byłoby Iron Mana, tak jak nie będzie Batmana bez Christiana Bale'a.


Polecam. Można śmiało wydać, no niestety więcej kasy na 3D, jak do dupy i śmiało wybrać się do kina. Oczywiście 3D to zbędny totalnie gadżet i do tego przeszkadzający. Znów mnie oczy i głowa bolały potwornie. Ciemne to, syfiaste i małe, jak dla kreta. Także jeśli jest możliwość, to wybór 2D absolutnie nie zaszkodzi. Wręcz przeciwnie, odbiór tego filmu bez plastiku na twarzy przyniesie jeszcze więcej frajdy. Jest tu bowiem masa dobrego humoru, bardzo fajny scenariusz, a przede wszystkim nakreślone w nim postaci, no i efekty... bez nich Iron Man wyglądałby jak blaszana czarownica na miotle.
Moja ocena: 8/10

piątek, 10 maja 2013

44 INCH CHEST




Już po pierwszych piętnastu minutach seansu wiedziałam, że będę miała problem z oceną tego filmu. Cóż bowiem można powiedzieć o filmie, który nakręcił reżyser średniawego Henry's Crime (2010), a scenariusz napisali kolesie od SEXY BEAST ? Ten mix nie mógł się udać. W 2009 roku nikt jednak nie przewidywał, że okaże się przeciętnym reżyserem. A szkoda, potencjał filmu jest wielki. I gdyby pokierować go odpowiednią ręką przebił by nawet wspomniany SEXY BEAST. Scenariusz bowiem i dialogi to majstersztyk, a aktorstwo... ha aktorom należy się osobna ocena, by ich nie deprymować poziomem filmu. Absolutnie na to nie zasługują.


I podobnie, jak w SEXY BEAST fabuła jest prosta jak budowa cepa. Na szczęście nie ona robi film, a dialogi i postaci.
Col ( ) przechodzi załamanie nerwowe. Okazuje się bowiem, że jego ukochana żona () niespodziewanie mu oświadczyła, że zakochała się w innym i odchodzi. Col to typ faceta, jak sam twierdzi, łabędzia. Wiąże się z kobietą raz na zawsze. Wiadomość ta jest dla niego kataklizmem. Ogromnie kocha żonę i nie może zaakceptować faktu, że nic do niego już nie czuje. Nie mówiąc o tym, że mogła zakochać się w innym mężczyźnie. W słowniku światopoglądowym Col'a taka sytuacja nie istnieje. Pod względem uczuciowym ten facet jest jak czarno-biała kartka. Jak małżeństwo to tylko forewa end ewa. Innej opcji nie ma. Szok, jaki przeżył wprowadza go w depresję i załamanie nerwowe. Na szczęście ma przyjaciół od gangsterki. Wesołe grono podstarzałych typów spod ciemnej gwiazdy, którzy wpadają na genialny pomysł, by porwać kochanka żony Col'a, ubić gnoja, a w najgorszym wypadku ubić również nieżądną ladacznicę. 


Cóż.... powiem tak, mężczyźni w tym filmie posiadają dość prostacki światopogląd, jak na moje standardy. Wszyscy bowiem uznają zasadę, że kobieta jest jak krowa i nie ma prawa zmienić zdania. Nie może się odkochać. Nie ma takiej możliwości. W ich pojęciu miłość to katorżnicza praca chłopa na roli. Jest jak ugór, który trzeba orać i orać i orać. A nóż widelec wyskoczy jakiś plon i będzie git. A jak nie, to a piać od nowa, orać i orać i orać. W ich pojęciu, małżeństwo jest jak umowa na czas nieokreślony. Podpisany glejt jest jak cyrograf. Wpadasz po uszy w bagno. Jak dobrze trafisz to chwycisz gałąź, jak będzie niefart to wciągnie cię po uszy. W ich mniemaniu bowiem każdy z partnerów, a zwłaszcza kobieta, staje się swego rodzaju własnością. I te odnośniki "jesteś moja", "należysz do mnie" itp. No cóż, wychodzę z założenia, że każdy jest panem swego losu. Takie etykiety posiadania uprzedmiotowiają. To tak jakbyśmy na kominku postawili sobie popiersie i głaskali je po głowie, jak jest fajnie. A jak nas zdenerwuje to chowamy do szafy.
Najzabawniejsze jest to, że te poglądy o trwałości związku wypowiadają bohaterowie, którzy sami mają z tym problem. Podstarzały gej wyznający zajebistą zasadę tzw. 5 razy Z: znaleźć, zaciągnąć, zagrzać, zaliczyć, zapomnieć. Starszawy kolo mieszkający z mamusią. Lowerboj i wulgarny starzec, który żyje w iluzji, że jego żona go uwielbia, po czym lezie z kolesiem na ubaw do klubu gejowskiego. Każdy z nich twardo broni swego zdania, nie zdając sobie sprawy przy tym jak bardzo jest ono odległe od ich własnego życia :-).
Miłość Col'a jest można powiedzieć idealna. Ale idealna dla kobiety w wieku 20 lat, która się zakochała i świata bożego za oblubieńcem nie widzi. Oto bowiem nadjeżdża rycerz w złotej zbroi, który oświadcza, że bronił jej będzie do ostatniej krwi swojej, lub jej, łotwer. Ona ma tylko jego być i koniec. Niestety życie nie jest różowe. Czas mija, ludzie powszednieją, a miłość robi się przyziemna. I zgodzę się z bohaterem, że wymaga pracy, ale na litość, nie poświęcania własnej godności i suwerenności. I oglądając tę ekipę w akcji, zwłaszcza ich dywagacje na tematy związkowe, które przypominają mi dialogi ludzi naprawdę prostych (to nie obraza), zastanawiałam się na ile scenarzyści chcieli sobie zakpić z widza, a na ile przełożyć na ekran swoją wizję związków damsko-męskich. I za cholerę nadal nie wiem, czy mam się śmiać, czy wyrywać włosy z głowy.


Ale abstrahując od kwestii światopoglądowej filmu. Konstrukcyjnie film faktycznie przypomina przedstawienie teatralne. Większość akcji skupiona jest w zamkniętym pomieszczeniu. Z grupą bohaterów i ich wzajemnymi relacjami. I to może nużyć i jest dość motonnne. To właściwie największy mankament filmu. Jednak gdyby nie wspaniałe kreacje aktorskie film byłby totalną męczybułą. Kto oglądał SEXY BEAST może liczyć na powtórkę z rozrywki. Genialny Winstone, wraz z , który bombowo wcielił się w rolę zblazowanego i znudzonego geja. Strasznie obleśnego i wulgarnego kolesia zagrał . A i słuchanie sprośności z ust i mocno bawiło. Każdy z tych aktorów wspiął się na wyżyny swego zawodowego kunsztu i każdy z nich miał tak zbudowaną postać, by mógł swój talent w pełni oddać. I dzięki temu zabiegowi, film nabrał niesamowitego kolorytu. Dialogi połączone z aktorstwem sprawiały, że mimo monotonii i statyczności na ekranie, chciało się ten film oglądać. Bez tak dobrego scenariusza i rewelacyjnie zbudowanych postaci, połączonego z genialnymi rolami aktorskimi ten film usypiałby lepiej niż hydroxyzina. Warto się jednak poświęcić, mało jest filmów z tak dobrze napisanymi dialogami.
Moja ocena: 6/10






wtorek, 7 maja 2013

QUARTET




Długo nie byłam tak zmęczona, jak przez te ostatnie dni i pewnie nie jest to dobry moment na pisanie, ale... jak się coś odwlecze, to później jest jeszcze gorzej.
W sumie KWARTET obejrzałam wczoraj i piszę o nim dzisiaj nie dlatego, że muszę przemyśleć jakieś kwestie, czy może dlatego, że film jest tak denny, że muszę się wspiąć na wyżyny, by wpaść w jego niziny, wręcz przeciwnie... to urocze filmidło jest tak słodkie i przyjemne, jak angielski wystrój wnętrz. Swoją drogą bardzo mnie fascynują te wszystkie różyczki na tapetach i kwiatki w wazonikach i ciepłe, miękkie kanapy z wielkimi poduchami, człowiek ma ochotę się w nich zatopić do głębi. I podobne wrażenie miałam w przypadku tego filmu. Uderza z niego bardzo intensywne ciepło i stylowy, angielski urok. Aż dziw bierze, że film ten skręcony jest przez Amerykanina :-))



Scenariusz powstał na podstawie sztuki. Film jednak jej klimatu absolutnie nie oddaje. Mało jest w nim nadęcia teatralnego i jeszcze mniej klaustrofobii miejsc. Masa pięknych plenerów, ogrodów... mogłabym zamieszkać w tym miejscu i kosić trawniki, przycinać kwiatki i nawozić rabatki, łotewer... ależ to bajka. A w niej żyją sobie, trochę opuszczeni przez świat i rodzinę, ludzie wielkiej sztuki - muzyki klasycznej. Jest wśród nich wielu emerytowanych, wielkich instrumentalistów, dyrygentów, śpiewaków i śpiewaczek operowych. Są i diwy... a to odrębny gatunek. I właśnie jedna z nich staje się bohaterką opowieści.
Czas w tym specyficznym domu spokojnej starości płynie spokojnie, wręcz idyllicznie. Każdy z mieszkańców może swobodnie realizować swoje umiejętności muzyczne. Albo grać w krykieta. Albo ukradkiem popalać i popijać w szklarni z dala od oczu wielkiej Pani Doktor, opiekunki domu. Historia nabiera tempa, gdy mieszkańcy w celu podreperowania budżetu tej ciekawej instytucji organizują koncert. Każdy z mieszkańców musi przygotować swój autorski występ muzyczny. Wisienką na torcie ma być występ kwartetu operowego, w którym udział wezmą główni bohaterowie filmu w tym obrośnięta w piórka diwa. Nie obędzie się bez strzelania fochów, kłótni, utarczek, czy przezabawnych sytuacji i dialogów. Dzięki nim film ze stetryczałego filmidła stał się uroczą komedią o samotności, wyobcowaniu i wielkiej przyjaźni, na którą zawsze jest czas... nawet gdy zostaje go już niewiele.



Genialne kreacje aktorskie , , , czy . Mnie osobiście najbardziej przypadła do gustu postać ironicznego, podstarzałego loverboja, jakiego zagrał Conolly. Również rozbujałe ego bohatera granego przez 'a rozbawiało mnie do łez. Sama śmietanka brytyjskiego aktorstwa, więc nie ma tu mowy o gafie. Postaci grane przez tę grupę są przy tym tak niejednorodne, każda z nich na swój sposób kolorowa, można by napisać i rozpisywać się godzinami. Jednak zdecydowanie lepiej jest zobaczyć samemu tę wesołą gromadkę, niż o niej czytać, do czego szczerze szczerze nakłaniam. Nie będzie to stracony czas. Trzeba bowiem przyznać, że udał się debiut reżyserski Panu Hoffmanowi, Dustinowi oczywiście.
Moja ocena: 8/10

niedziela, 5 maja 2013

HANSEL & GRETEL: WITCH HUNTERS




No i się sprzedał. Pełną gębą holyłud go kupił i pełną gębą wessał. Gdzie się podział kolo z niewybrednym poczuciem humoru z Zombie SS (2009) , czy obłędną masakrą filmowych ikon z Kill Buljo: The Movie (2007) ? Przecieram oczy ze zdumienia, bowiem z humoru chłoszczącego jak norweski mróz pozostały marne ochłapy, a znanej z ZOMBIE SS jatki, jest tyle, co na lekarstwo.


Fabuła jest tu mało istotna. Bowiem jest to reżyserska parafraza bajki o Jasiu i Małgosi. Może i był to dobry pomysł na przeróbkę dziecięcej historii. Może autor miał szczytny cel. Jednak mając w pamięci jego autorską kpinę z KILL BILL'a , tutaj niewiele z Wirkolowego szyderstwa zostało. Amerykanie są bardzo pruderyjni i z pewnością rękę na cenzurze położyli. Na to nie chce się patrzeć. Jest ciemno. Momentami nic nie widać. I tak de facto są dwie sceny, które zasługują na uwagę. Pierwsza to akcja z trollem na polanie. A druga końcowa jatka na sabacie czarownic. Dzięki bogu ten film trwał jedyne 90 minut inaczej poddałabym się w połowie. 
Nowy film Wirkoli przypomina mi równie przerysowaną historię Nieustraszeni bracia Grimm. I podobnie ten tytuł stał się totalnym niewypałem w niezwykłej filmografii Terry Giliam'a. Giliam jednak odszedł od durnowatej konwencji filmów popkulturowych i oby Wirkola również przejrzał na oczy. Inaczej ten tytuł jest smutnym początkiem końca tego Pana.
Cieszył udział, oczywiście będę nudna, . Ale również długo niewidzianej, pięknej . Poza tym nie widzę w tym filmie nic wartego uwagi. 
Moja ocena: 3/10

THE PLACE BEYOND THE PINES




Mając na uwadze poprzedni film BLUE VALENTINE nie sposób nie porównać tych dwóch tytułów ze sobą. Zwłaszcza, że obraz ten był mocno intensywny, poruszający, przez co wżynał się w pamięć, niczym ostra brzytwa w skórę. I o ile BLUE VALENTINE zrobiło na mnie piorunujące wrażenie swoim życiowym scenariuszem i ogromem emocji płynących z ekranu, o tyle DRUGIE OBLICZE w jego świetle wygląda jakby było z tychże emocji wyprane.
Stety, czy niestety nowy film Cianfrance okazał się mocno przereklamowany. Mając na uwadze taki PR, że człowiek ogląda się za siebie mając wrażenie, że zza rogu lub z szafy wyskoczy wytatuowany Gosling, spodziewałam się trzęsienia ziemi. Jednakże używając słów jednego z bohaterów "if you ride like lightning, you're gonna crash like thunder" i jest to świetne podsumowanie tego filmu.

O ile w BLUE VALENTINE postać bohaterki nie przeszkadzała mi za bardzo, po nowym filmie Cianfrance odnoszę wrażenie, że autor faktycznie ma lekko spaczony obraz kobiety. Nie mam pojęcia skąd to się wzięło. Dzieciństwo bez ojca, zranione serce przez miłość życia, czy znienawidzona matka ? To dość mocny wniosek, ale obserwując bohaterkę nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby ta kobieta, puch marny powzięła inną decyzję, ta masa nieszczęść nie spłynęłaby na bohaterów. I znów ciśnie się na usta moja ulubiona fraza damskich bokserów "zobacz do czego mnie doprowadziłaś, suko !!" :-)))) Dziwnym trafem po raz kolejny Cianfrance odpowiedzialność za losy i życie bohaterów włożył w ręce kobiety.


Obraz składa się z trzech części. Trwa prawie dwie i pół godziny. Jednak ta epickość i rozłożystość wcale nie sprzyja fabule.
Pierwsza część to ta, na którą czeka większość kobiet. Bardzo przypomina swoją historią BLUE VALENTINE. Romina (Eva Mendes), niby to przypadkiem, niby nie, spotyka swojego byłego chłopaka Luke'a (Ryan Gosling). Przez czysty przypadek Luke dowiaduje się, że został ojcem. Ma oczywiście ogromne pretensje do kobiety, że go o ojcostwie nie poinformowała. Chcąc naprawić stracony czas rzuca pracę objezdnego, cyrkowego kaskadera, mając cichą nadzieję, że stworzy rodzinę z Rominą. Romina to kobieta, w przeciwieństwie do Luke'a, twardo stąpająca po ziemi. Odrzuca konkury chłopaka, sama ma już dość stabilne, ułożone życie. Ale nasz Luke, to typ bohatera z głową w chmurach ... wpadnie w masę tarapatów, by tylko odzyskać utraconą rodzinę.


Tarapaty Luke'a kończą się tragicznie. Tym to sposobem przechodzimy do drugiej części historii. Historii o policjancie Avery'm Cross (Bradley Cooper), którego postać jest mocno dwuznaczna. Z jednej strony to mocno zakompleksiony glina. Stoi w cieniu swego wielkiego ojca. Gardzi jego karierą, jednocześnie podświadomie do niej dążąc. Jego dwuznaczna moralność staje się z jednej strony powodem upadku korupcji w jednostce, której stacjonuje. Z drugiej początkiem świetlanej kariery prokuratora. Avery to bohater, którego kręgosłup moralny jest niczym stonoga. Wije się, kręci, kombinuje. Niewiadomo dokładnie, czy jego chęci są szczere, czy tak jak powiedział jego kapitan, jest tak cwany, że świadomie kieruje swoim losem, manipulując otoczeniem. I o ile sukcesy w pracy odnosi ogromne, o tyle w życiu prywatnym nie jest już tak różowo. Efekt to stracony związek i syn, którego nie rozumie i z którym nie ma zbyt silnych więzi. W przeciwieństwie do Luke'a, Avery Cross to niezbyt rodzinny typ mężczyzny. 



Życie Avery'go nabiera tempa, gdy jego kilkunastoletni syn AJ (Emory Cohen) postanawia z nim zamieszkać. Tak oto reżyser przenosi nas do części trzeciej, która jest jeszcze bardziej zagmatwana od drugiej, zwłaszcza w scenach końcowych. Ta nowela filmowa, to splot losów dwóch bohaterów. Synów Luke'a i Avery Crossa. Ich dziwna przyjaźń skończy się w momencie odkrycia prawdy o ojcu przez Jason'a (Dane DeHaan) - syn Luke'a. Chęć pomszczenia ojca skończy się przykrymi konsekwencjami dla Avery'go i jego syna. Jednak sceny końcowe są mocno niedopracowane, jakby autorom skończyły się pomysły na sensowne podsumowanie wydarzeń i całego filmu.

Powiem szczerze, że zawiódł mnie ten film. Pod względem hałasu, jaki wobec niego uczyniono. Liczyłam na więcej. Może nie na powtórkę z BLUE VALENTINE, ale przynajmniej ten sam poziom emocji. Tutaj jednak, jeśli chodzi o intensywność, najwięcej ich było w pierwszej części filmu.
Zawiodłam się również pod względem konstrukcyjnym. Autor miał dość ciekawą wizję przedstawienia kilku odrębnych historii, które się zazębiają tworząc zwarty krąg. Taki podobny zabieg techniczny mieliśmy choćby nawet w przypadku genialnego 21 GRAM. Jednak obrazowi Cianfrance dużo do niego brakuje. Przede wszystkim pod kątem stylu opowiedzianych historii. 21 GRAM pokazywało nam życie kilku bohaterów równolegle. W przypadku DRUGIEGO OBLICZA każda historia musi się skończyć, by następna mogła się zacząć. W 21 GRAM dzięki równolegle prowadzonej akcji, przeplatających się retrospekcji mieliśmy wrażenie, że to jeden zwarty obraz, którego nie da rady rozdzielić. Tutaj aż się prosi, by te historie stały się odrębnymi obrazami. Moim zdaniem zagłębianie się w tak różnych bohaterów w takiej stylistyce musi skończyć się mielizną. Choćby ze względów czasowych. Film ma swoje ramy. Żaden autor nie jest w stanie przekazać głębi postaci w 50 minutach filmu, a tyle mniej więcej trwa każda historia. Całość jest więc mocno skondensowana, jakby pisana od łebka i trochę po macoszemu. Gdyby jednak autorzy pochylili się nad bohaterami i z każdego z nich stworzyli odrębny film, tak jak zrobił to Refn w PUSHER, wyszłoby o niebo lepiej.
Nawet aktorsko bez rewelacji. Mendes i Cooper bardzo przeciętni. Nie da się ukryć, że Gosling jest naprawdę dobry, choć jego mimika zaczyna być powtarzalna i powoli staje się monotonna. Oczywiście Ray Liotta w roli bad cop spełnia się wyśmienicie. Jednak na uwagę zasługuje młody narybek. Zarówno Emory Cohen, jak i Dane DeHaan zagrali świetnie. Naprawdę fajnie się na nich patrzyło. I myślę, że będzie jeszcze o tych aktorach głośno, zwłaszcza o DeHann.
Czy więc polecam ? Tak. Warto zobaczyć, bo krzywdy nie robi. Czy do kina ? Powiem szczerze, że mnie te dwie i pół godziny opowiadanych historii w kinie wyrządziłoby krzywdę. Ale dzięki bogu ... decyzja należy do was :-)
Moja ocena: 6/10

ps. tragiczna ścieżka dźwiękowa Mike Pattona. W porównaniu z Grizzly Bear to totalna kakofonia.

sobota, 4 maja 2013

FASLE KARGADAN



CZAS NOSOROŻCA to przepięknie opowiedziana historia miłości w czasach przewrotu politycznego w Iranie.
Kurdyjski poeta wraz z żoną (rewelacyjna ) zostaje wtrącony do więzienia. Ich oprawcą stał się człowiek, który przez rewolucją był ich kierowcą. Skrycie podkochiwał się w kobiecie. I nie mogąc znieść myśli o odrzuceniu konsekwentnie niszczył miłość jej życia.
Lata tortur, gwałtów i psychicznego wyniszczenia spowodowały, że kobieta poddała się. Jednak jej miłość do męża nigdy nie wygasła.


Film prowadzony jest z retrospektywy. Główny bohater, poeta, po 30 latach więzienia wychodzi na wolność. Nie jest to jednak wolność, za którą tęskni. Kierowca, który potem stał się jego katem, pochował go w sercu i myśli jego żony. Kobieta bowiem lata wcześniej dowiedziała się, że jej mąż nie żyje. 
Nie sposób jest też uciec od tragedii tych dwojga. Ich rozdarcie fizyczne i psychiczne. Powrót, który nie jest możliwy. I fakty, które ujrzały światło dzienne, wraz z wyjściem bohatera na wolność. Nagle jego wolność staje się jego krucjatą, pokutą. Drogą ku wymierzeniu sprawiedliwości. 


Obraz w bardzo delikatny sposób ukazuje, jakiego pokroju ludzie stoją za rewolucją. Słabi, sfrustrowani, zakompleksieni. Filmowy kierowca, po przewrocie, staje się człowiekiem władzy. Mając taką potęgę w ręku nie zastanawia się przeciw komu ją użyć. Nagle może zemścić się na tych, którzy przed rewolucją w hierarchii społecznej stali wyżej od niego. Zdaje sobie sprawę, że jest to rewelacyjna okazja, by posiąść obiekt swych westchnień, mając przyzwolenie na zniszczenie wszystkich, których wcześniej kochała.


to reżyser mocno zaangażowany politycznie. Oglądałam jego Nikt nie rozumie perskich kotów (2009) i nawet tutaj historia osadzona w czasach współczesnych jest mocno nasiąknięta polityką. Iran to swoisty bastion cenzury. Nie sposób żyć swobodnie w kraju, w którym daje się na tacy społeczności cywilizację, a jednocześnie kontroluje każdy aspekt życia obywatela.
Nie jest to film łatwy i lekki. Z pewnością jest piękny wizualnie. A historia związku, a właściwie swoistego tercetu, który wytworzył się na ekranie, jest mimo swej poetyckości, bardzo wciągająca.
Moja ocena: 7/10

piątek, 3 maja 2013

SONNER AV NORGE



SYNOWIE NORWEGII niewiele mają wspólnego ze swymi przodkami. To bardzo wyzwolony mentalnie naród. Zmiany w świadomości społeczeństwa trwają latami. W przypadku tego filmu autor zabiera nas do Norwegii końca lat 70-tych. To czasy końca epoki hipisowskiej i wschodzącego punku.


Tradycyjna norweska rodzina lat 70-tych to w oczach ' a hipisowskie małżeństwo. Ona Pani domu, wychowująca dwójkę synów. On Pan architekt. Kasa jest. Miłość jest. Teoretycznie nic nie wróży różnic w stosunku do przeciętnego schematu rodziny. A jednak. Świadomość polityczna tej pary wywiera ogromny wpływ nie tylko na dzieci, ale również na środowisko w którym żyją. Ich niechęć do konsumpcjonizmu, hipisowskie hasła, wyzwolone tezy i prokomunistyczne myśli są bardzo postępowe. Powiem szczerze, że trochę dziwią biorąc pod uwagę status życia, jaki wiodą. Ale najwyraźniej ideologia i kasa potrafi iść w parze. Tragedia rozpoczyna się w momencie śmierci żony. Jej wypadek mocno pobudził emocjonalnie najstarszego z synów, który z grzecznego chłopca, stał się postępowym punkiem.


Ten film nie jest pochwałą życia w komunie, czy anarchii. To raczej gorzka opowieść o rozbitej tragedią rodzinie. O tym jak ogromny wpływ ma ona na jej strukturę. To również opowieść o specyficznej relacji ojciec-syn. Pewnego rodzaju sztamie, którą trzymają. Jest ona na tyle oryginalna, na ile oryginalna jest idea życia i wychowania dzieci przez ich ojca. Nie ma on oporów, by zabierać kilkunastoletniego syna ze sobą na plażę nudystów, uprawiać przy nim seks, czy ostentacyjnie popierać łobuzerstwo. To trochę razi. Nie jestem, aż tak postępowa najwyraźniej. Tego typu metody wychowawcze są stanowczo ponad moje wyobrażenia. 


Powiem szczerze, że sam film również jakoś szczególnie nie próbował mnie przekonać, by swój pogląd wychowawczy zmienić. A cały obraz jest lekko tendencyjny. Z pewnością oryginał, jakim jest przedstwawiona w filmie rodzina, jest na swój sposób intrygująca. O tyle w pewnym momencie pomysłowość się kończy na rzecz punkowej papki. Mało interesuje mnie historia powstawania punka, bo ją przeżyłam, a nawet gdybym nie, to sięgnałabym po dokument. W pewnym momencie film schodzi z drogi dramatu rodzinnego, na drogę kina familijnego z buntowniczym gówniarzem w tle, który swoje poglądy uzewnętrznia w kapeli. Nie bardzo przekonuje mnie ten obraz. I powiem szczerze, że jak na skandynawskie standardy prezentuje się słabo. Mimo to, najprawdopodobniej sięgnę po jeszcze jedną pozycję z rąk 'a :-).
Moja ocena: 5/10